МЕЖДУНАРОДНЫЙ СЕТЕВОЙ АЛЬМАНАХ

MIĘDZYNARODOWY ALMANACH INTERNETOWY












Союз образовательных сайтов

Яндекс цитирования

Andrzej Wołosewicz

WIERSZE O MILCZENIU?

 

„Mroczne tajemnice małych dziewczynek” to najnowszy tomik Antoniego Pawlaka znanego starszym czytelnikom ze słynnej „Książeczki wojskowej” (1981). Tomik ukazuje się po dziesięcioletniej przerwie od wydania tomiku „Strach w moich oczach jest głęboki jak studnia”, jeśli czegoś nie przeoczyłem, co tylko wzmaga czytelniczy apetyt.

Pierwszy wiersz najnowszego tomiku udziela swego tytułu całości zbioru. Od razu więc przekazuję pierwsze wrażenia z całej lektury: Antoni Pawlak pisze pod prąd. Wszystko u niego jest inaczej. Pierwszym pod prąd jest to, że umieszcza w tomiku ledwie 28 wierszy. (Co prawda Szymborska w tomiku „Wystarczy” pomieściła jeszcze mniej, ale ma to głębokie uzasadnienie merytoryczne w mojej najkrótszej w życiu recenzji akurat z tegoż tomiku, która brzmi: rzeczywiście). W czasie, gdy nawet debiutanci rozrastają się do granic słonicy w ciąży, w czasie często niestrawnego poetyckiego obżarstwa, tomik Pawlaka jawi się niemal jako dietetyczny i choćby z tego powodu wzmagającym czujność, skupiającym uwagę. Czy coś się za tym kryje? Czy jest tu jakiś zamiar? Czy zdążę wgłębić się w wiersze, usłyszeć ich tętno, gdy wybrzmią po ledwie 37 stronach? Czy zaczniemy współbrzmieć, one, wiersze Pawlaka i mój czytelniczy słuch? Poszukajmy odpowiedzi...

Już w jednym z pierwszych wierszy „Wyłączając telewizor przerywamy życie” (s.5) słyszę pytanie o nasze tożsamości a właściwie o wzajem-tożsamości w cywilizacyjno-medialno-internetowym zapętleniu, gdzie nie wiadomo tak do końca, kto od kogo bardziej zależy i komu o co chodzi. A przecież „zależenie od siebie” może okazać się śmiertelne. Myślę tu oczywiście o „śmierci” tych, którzy żyją życiem gwiazd serialowych, gadających głów, swoich idoli politycznych, ale i o bohaterach ekranu spełniających się w berkeleyowskim być to być postrzeganym. Pawlak wychwytuje tą zależność na głębszym poziomie niż zwykłe gapienie się na siebie (ja w telewizor, on na mnie) i ewentualne (po)gadanie sobie o tym (a widziałeś jak itd.). Ten wiersz obudził we mnie diaboliczną nadzieję na widza uśmiercającego gadające głowy, uśmiercającego a nie tylko wyłączającego telewizor! A mimo to wiersz tytułowy i ten ostatni wzbudzają moją nostalgię przywołując świat jak piasek na plaży: niby znany, banalny jak nasze życie, ale wciąż inaczej układający się pod stopami, wciąż od nowa rozmywany falą i rozdeptywany przez innych. I ta jego, piasku/wiersza/życia, powierzchnia od początku będąca nie powierzchnią tylko głębią, strukturą, porami piasku jak porami skóry. Taka jest większość wierszy z najlepszym przykładem „Mrocznych tajemnic małych dziewczynek” na czele – zwykły opis, gra w klasy, okazuje się raczej nie opisem a grą i nie w klasy a w życie. O życie, które różnie nam się układa, w którym szukamy własnych „niedostępnych rewirów tajemnicy” wśród sąsiadów, którym już „nie przyjdzie do głowy oderwać się od telewizyjnego serialu by nas podglądać” (s. 3). To jest w i e r s z c z a s u, który już - przecież w takim wieku jest autor – może przyglądać się sam sobie, co jest de facto przyglądaniem się życiu. A takie przyglądanie nie potrzebuje fajerwerków, one nawet by je skutecznie zakłóciły. Potrzebuje raczej spokoju, dystansu, pewnej – rzec można – monotonii, którą ustanawia dla mnie u Pawlaka to, że konsekwentnie nie używa on znaków przestankowych prócz, rzecz charakterystyczna i jeszcze mocniej w tym nie-używaniu wybrzmiewająca, myślników i raptem dwóch znaków zapytania. Myślnik i znak zapytania. Właśnie! To są wiersze do myślenia i (samo)zapytywania. Nie zgadnę, nie zamierzam, czy o to Pawlakowi chodziło, ale – ja tak tę poezję odbieram: jako poezję zadumy, gorzkiej zadumy. Ale ta gorycz nie odsyła do/nie wywołuje żadnych pretensji, jak można by się spodziewać. Jeżeli coś wywołuje lub może wywołać to raczej ból, jak w wierszu „Herbata u przyjaciela”:

 

mój serdeczny przyjaciel parzy

dla nie herbatę mój serdeczny przyjaciel

który przez lata pisał na mnie donosy

do służby bezpieczeństwa – papiery pełne

rozgniecionych pluskiew słów

 

mój serdeczny przyjaciel

stoi w kuchni czekając

aż zagwiżdże czajnik

herbata jak zawsze u niego

będzie mocna i dobra

 

sytuacja jest niezręczna bowiem on wie

że ja wiem że on pisał a ja

wiem że on wie że ja wiem

 

proponował też koniak

ale odmówiłem koniak bowiem mógłby

zaprowadzić nas w niezbyt bezpieczne

rejony tam gdzie rodzi się

pytanie wątpliwość

i ból – kurwa – ból

 

Przecież nawet wzmocniony przez kurwa ból jest w jakimś sensie „wycofany”, schowany za herbatą, zatrzymany przed próbą swoich narodzin w pół kroku między herbatą a koniakiem, niedoszłym koniakiem. Pawlak zbliża się tu, choć w zupełnie innych sposób, do granicy wyznaczonej słowami Miłosza: „jest taka granica cierpienia, za którą się uśmiech zaczyna”. Jeśli cierpienie zastępuje goryczą (czy na pewno są od siebie daleko? czy gorycz nie jest, nie może być sposobem przeżywania cierpienia? smakiem cierpienia?), jeśli zbliża się do tej granicy, to także ją przekracza, bo o granicy możemy wiedzieć/pisać jeśli znamy/wiemy o jej obu stronach; jednostronne granice nie istnieją. Nawet nasze życie takiej nie ma, coś na nas czeka po tamtej stronie, choćby było to Nic. Pawlak zbliża się do tej granicy, balansuje na niej jak na linie, przekracza ją, co doskonale widać w wierszach, które „czytam Freudem”. Myślę o wierszach, gdzie Eros i Tanatos splatają się w - nomen omen - śmiertelnym (Tanatos) uniesieniu (Eros): „Kobieta w sukni utkanej ze słów”, „Ptak jak orgazm”, „Śmierci nie ma – śmierć przechodzi obok”. Wiersze te są głębsze niż freudowski schemat, w który je wtłoczyłem, są bardziej namacalne, mięsiste w swej mocy poetyckiej, więc raczej proszę Freuda traktować jako klucz otwierający drzwi, a nie to, co za drzwiami. Tu jest jak w tybetańskim przysłowiu, że mistrzowie (nawet Freud) tylko otwierają drzwi, przejść przez nie musisz już sam. Idźcie za Pawlakiem ku ważnemu motywowi tych wierszy, a może i ku ich horyzontowi – milczeniu. Myślę tu nie tylko o wierszu „Nasze życie jest milczeniem”:

 

ubieramy się w pośpiechu ubieramy się w ciszy

ubieramy się tak szybko jakby od tego zależało

nasze życie jakby ktoś miał nagle tu wejść

a przecież nikt nie wejdzie drzwi szczelnie zawarte

chronią przed światem przed świtem

przed niechcianym gościem który mógłby

sprofanować naszą nagość obedrzeć

z resztek intymności wystawić na sztych

niepotrzebnych słów słów które mogą

zranić skórę nagą drżącą jeszcze

po odpływającej fali

 

więc nie mów – przerwij i

jeżeli się nie mylę

 

ale i choćby o wierszu „Fotografia znaleziona w odmętach szuflady” (s.11). Milczenie u Pawlaka jest ważne! On właściwie pisze z konieczności, jakby wiedział, że drzwi są drzwiami do milczenia: „milczeliśmy bowiem ludzie którzy są sobie bliscy nie muszą ciszy/ maskować ochronną siatką słów” (s.12). Ba, powiedzmy mocniej: jeśli w „Książeczce wojskowej” autor mówił „odpierdol się, Polsko”, to tu Pawlak mógłby powiedzieć to samo do poezji. I chociaż nie mówi tak ostro, to jednak to r o b i! Wiersze te noszą niezbywalne piętno owych drzwi do Milczenia. Poezja, w sensie wierszy, zdaje się Pawlakowi być zbędna – najlepiej to wypowiedzieć mogę fragmentem z Krzysztofa Gąsiorowskiego: „Ujawnienie realności doświadczenia wewnętrznego, owego snu na jawie, w ogóle jest chyba możliwe tylko dzięki „poetyzowaniu”, choćby nie pisywało się wierszy”(podkreślenie moje). Dla mego odbiorczego ucha właśnie z czymś takim mamy do czynienia: z przekonaniem poety o tym, że najbardziej pojemne jest... milczenie, więc gdyby poważnie i konsekwentnie chcieć pełnię naszego świata przekazać innym, to używając milczenia właśnie. No tak, wyobrażacie sobie taki tomik? Stąd te „resztki słów”, których Pawlak jeszcze używa. I stąd być może coraz dłuższe okresy jego beztomikowego milczenia. To z powodu tych resztek pisałem wcześniej o pisaniu z konieczności. W wierszu „Miasteczko Brzeg” (s. 27) jeden z dwójki bohaterów, jeden z „rozmówców” w ogóle się nie odzywa! Tłem dla tego milczenia (tłem to nie najlepiej powiedziane, ale nie umiem znaleźć innego słowa) są – wbrew milczenia naturze (chociaż, czy ja wiem...) wiersze k r z y c z ą c e: „Płomień i łza” (s.32), „Spójrz w słońce bez obaw” (s. 31), „Pogrzeb Jacka Kuronia” (s.20) czy wreszcie wiersz o metafizyce historii „Mój katyński mur” (s.33) będący wedle mego odczucia wzmocnieniem argumentów Kierkegaarda przeciw Heglowi. Ale to już drzwi na inną opowieść. Może Pawlak ją pisze? Tym bardziej, że wiersz „Walc trumienny” zamyka tomik i w planie życia jako swoistego dance macabre i w jego planie jako po-Wyspiańskiego chocholego tańca. Więc milczenie, ale jeszcze nie ostateczne. I chwała Bogu, bo wtedy mogę czytać takie wiersze jak „Jej dłonie zwijają się bezwiednie”:

 

nie zwijaj dłoni w pięści

gniew jest wyrazem bezsilności

 

nie zwijaj dłoni w pięści twoje dłonie

są po to by obłoki drzeć na strzępy

i nawijać na palce jak czasu przędzę

by jednym gestem zmieniać chmury

w cukrową watę i łakomie

pakować ją do ust

 

nie zwijaj dłoni w pięści

twoje dłonie są stworzone do modlitwy

kiedy złożone wbijają się w niebo

jak sklepienia katedr

 

być może twoje dłonie

stworzone są też do miłości

ale tego nie wiem

w snach czuję

jak gładzą mnie po policzku

 

Dajcie i wy się pogładzić a może poczujecie „Mroczne tajemnice małych dziewczynek”?